Algi dla początkujących, czyli maska Lindsay Magic


Maski algowe firmy Lindsay są bardzo znane w Korei i można je dostać w wielu drogeriach. Najpopularniejszy rodzaj maski to proszek w kubeczku, do którego należy jedynie dolać wody do zaznaczonego miejsca, dobrze wymieszać i nakładać. Czytałam kilka recenzji, w których dziewczyny skarżyły się, że maska się nie udała - tzn. wyszła zdecydowanie za rzadka, mimo dolania odpowiedniej ilości wody. Dlatego sama zdecydowałam się na gotowca i podczas targów Beauty Expo w Seulu na stoisku firmowym Lindsay kupiłam wersję Magic. To również maska algowa, zwana tu modeling lub rubber mask, ale nie trzeba samemu odmierzać wody, bo wszystko dostajemy gotowe w 2 saszetkach, które należy po prostu wymieszać. Dzisiejsza recenzja poświęcona jest właśnie masce Magic w wersji Gold.



 



Od producenta

Lindsay Magic Mask Pack to specjalny rodzaj maski modelującej, która powstaje poprzez połączenie zawartości dwóch saszetek: proszku i żelu. Dzięki temu wysokiej jakości składniki odżywcze łączą się ze sobą na chwilę przed nałożeniem maski na skórę, a uzyskane efekty nawilżenia i elastyczności są znacznie lepsze niż w tradycyjnych maskach. Maska jest łatwa do przygotowania, nałożenia na twarz a następnie usunięcia i nawet osoby początkujące dadzą sobie radę!

Maska Lindsay Magic Gold, dzięki zawartości 24k złota, rozjaśnia i odżywia skórę. Zawartość włókien algi brunatnej zwiększa nawilżające właściwości maski i sprawia, że nawilżenie utrzymuje się dłużej.





Przygotowanie i nakładanie maski

Maskę otrzymujemy w płaskim, plastikowym pudełku, w którym mieszczą się 2 saszetki oraz szpatułka. Dno pudełka służy do rozmieszania saszetek, czyli przygotowania maski. Saszetka z numerem 1 jest większa i zawiera gęsty, złocisty żel o konsystencji budyniu, który pięknie się mieni. Saszetka numer 2 zawiera pomarańczowy proszek, który pachnie jak oranżada w proszku (kto się przyznaje do wyjadania na sucho?). Po wymieszaniu kolor zrobił się lekko matowy, ale konsystencja pozostała budyniowata.











Maskę całkiem łatwo udało się nałożyć, chociaż dołączona szpatułka była nieco za duża i ciężko było manewrować przy bokach nosa. W trakcie nakładania nie musiałam się spieszyć, bo maska nie zastygała szybko, wręcz przeciwnie - zaczynała spływać mi w dół twarzy. Dlatego po nałożeniu szybko się położyłam, żeby maska zastygła sobie w spokoju. Cały czas lekko pachniała pomarańczą, co było bardzo przyjemne.

Moje błogie lenistwo przerwało dziecko - trzeba było wstać i iść pomóc, a że maska trzymała się dobrze na twarzy, to trochę się tak z nią pokrzątałam po dość ciepłej kuchni. Nie wiem, czy to wysoka temperatura sprawiła, że maska zaczęła kapać (???).







Zdejmowanie oraz efekty

Po ok. 35 min poszłam zdjąć maskę i chociaż spodziewałam się konieczności odrywania brzegów maski, tak jak to zazwyczaj dzieje się u kosmetyczki, maska po prostu zsunęła się z twarzy bez żadnego problemu, a cera pod nią była wilgotna i została na niej warstwa esencji, jak po masce w płachcie. Przyznaję, że trochę mnie to zdziwiło, ale esencję delikatnie wklepałam i po odczekaniu kilku minut przemyłam twarz tonikiem i posmarowałam kremem. 

Po całym tym zabiegu moja twarz była miękka, gładka, uspokojona, bez żadnych zaczerwienień, czy podrażnień. Skóra była mocno nawilżona, zmarszczki wokół oczu wygładzone, cera odżywiona i wypoczęta - wyglądała jakbym się porządnie wyspała i odpoczęła. Dlaczego piszę w czasie przeszłym? Bo efekt widoczny był dość krótko - utrzymał się jeszcze do następnego dnia.

Podsumowując - bardzo ciekawa maska, widoczne efekty, ale szkoda, że okazały się dość krótkotrwałe. Mam jeszcze jedną maskę tego typu, od innego producenta, więc zrobię ją kiedyś dla porównania! Jeśli jesteście ciekawe opinii innych osób zajrzyjcie do recenzji Christiny oraz do today.com.



Cena i dostępność

Maski Lindsay Magic Mask Pack nie są bardzo popularne i aktualnie google znajduje je jedynie na Amazonie (11.44USD) oraz na RoseRoseShop (4,20USD, akurat mają przecenę). Jeśli traficie ją gdzieś w dobrej cenie - uważam, że warto wrzucić do koszyka i wypróbować, jako koreańską ciekawostkę. Dużo łatwiej dostać algi tradycyjne, w kolorowych kubeczkach.




Lindsay - tradycyjne algi w kubeczku, różne rodzaje


Lubicie nakładać sobie maski algowe? Dla mnie był to pierwszy raz, kiedy nakładałam samodzielnie. Nie było tak trudno, ale zdziwiło mnie, że maska była taka mokra? Dajcie znać, jakie Wy macie doświadczenia z algami!


Pozdrowienia,
Magda


12 komentarzy:

  1. Nigdy nie próbowałam i obawiam się, że przez moje lenistwo nie skusiłabym się na taką. Zapewne zostałabym wierna maseczkom w płachcie ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, płachty są o wiele łatwiejsze, ale taka algowa maska też jest bardzo ciekawa!

      Usuń
  2. Ta marka przewinęła mi się chyba kiedyś na Instagramie - o takich 'gumowatych' maskach miałam już okazję czytać, ale niestety jeszcze nie testowałam na sobie :P A szkoda, bo przyznam szczerze że jestem ich bardzo ciekawa - nie umiem sobie wyobrazić takiego nakładania plasteliny na twarzy - to musi wyglądać bardzo zabawnie :D

    Sakurakotoo ❀ ❀ ❀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To bardzo Ci polecam, warto spróbować! Nakładanie na pewno nie jest takie łatwe, jak przy maskach w płachcie, ale dasz radę!

      Usuń
  3. Ja ostatino kupiłam w proszku dwie i o ile pierwsza mi w miarę wyszła chociaż była grudkowa, to ta druga - zastygła zanim się dało ją nałożyć, niestety to maski, które trzeba robić na oko :( Przyznam, że o ile algi u mnie są na cenzurowanym to te modeling mask kocham i na pewno nie raz jeszcze po tę firmę sięgnę, fakt - cenowo jak patrzyłam na ebay to nie raz ceny są dość wysokie jak na jeden raz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie - tanio nie jest, szczególnie te nowe wersje są drogie, bo te w kolorowych kubeczkach są już znacznie tańsze.

      Usuń
  4. Moje jedyne doświadczenia z algami/spiruliną to zielone mazidło o zapachu pokarmu dla rybek - gdyby była taka śliczna i złota, to z pewnością korzystałabym z niej regularnie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D :D
      Też używałam spiruliny i pamiętam ten zapach! Maska Lindsay zdecydowanie ładniej pachnie :)

      Usuń
  5. Czy uważam, że kosmetyki koreańskie są naprawdę tak wyjątkowe? Czy to po prostu kolejna moda, fascynacja?

    OdpowiedzUsuń
  6. Zdecydowanie przekonuje kolorem i konsystencją :D Choć nie jestem nadmiernie maseczkowa, chętnie dorzuciłabym ją do zakupów jakbym gdzieś spotkała.. :D

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Kociamber w podróży , Blogger